Mamy siedem godzin między samolotami, czyli jakieś cztery, które możemy tu spędzić w mieście. Szkoda by było siedzieć tyle czasu na lotnisku. Pokręcimy się zatem w okolicach dworca kolejowego Dongzhimen, nie planujemy już nic zwiedzać. Prawie nie widać tutaj turystów, sami Chińczycy, zupełnie inny klimat niż ten w okolicach Placu Niebiańskiego Spokoju. Ulice są tutaj szerokie, ale strasznie zatłoczone, przez co są nawet problemy z przechodzeniem na pasach na drugą stronę. Piesi mieszają się z jadącymi jednośladami. Wszędzie dużo nowych bloków i biurowców.

Pełno różnych straganów i małych sklepików.

Drogi są szerokie, ale strasznie zakorkowane. Przesiadka mieszkańców Pekinu z rowerów do samochodów spowodowała, że w niektórych godzinach szybciej się chodzi niż jeździ.

Gotowane jajka. Nie mogłem się dogadać ze sprzedawcą, więc nie wiem czy to nie jest lokalny przysmak, pisklę w środku.

I znów skrzyżowanie, tym razem czekamy razem z posiadaczami jednośladów, aby przedostać się na drugą stronę.

Na kilku straganach widziałem morwy, które bardzo lubię. Cena niewygórowana więc je kupiliśmy. Miałem też okazję zobaczyć jak są przechowywane. W styropianowym opakowaniu oprócz owoców była jeszcze umieszczona butelka ze zmrożoną wodą.

Współtowarzysz podróży miał ochotę odwiedzić fastfood znany na całym świecie. Skorzystałem z tego, aby obmyć morwy. Zjadamy je kilkanaście minut później. Są pyszne.
I ja zgłodniałem i próbuję jedzenie ze straganów.
Bułka z warzywami i lekko słodkawym mięsem. Wolę nie myśleć z czego to było 😉 Zostawiłem samą zieleninę i jest ok.

Pieczone kawałki kurczaka smakowały już normalnie.

Chiny słynęły kiedyś z rowerów. To był kiedyś podstawowy środek transportu, teraz dostępny dla turystów.


Dodaj komentarz